Tak... W ubiegłym roku kiedy to wracaliśmy (Ja z moją żoną i Lodkiem) z Anglii rzuciliśmy hasło
że w przyszłym roku zaliczymy Portugalię. Niestety (ale to nie znaczy że żałuję) nie odwiedziliśmy
Portugalii, za to trafiliśmy jeszcze bardziej na północ niż Szwecja czyli NORWEGIA. Inaczej
Norway, lub Norge. Pierwsze wzmianki na temat zwiedzenia Norwegii padły już jesienią '98 r.
Długa była zima i przyszedł czas wyjazdu.
Dnia o godz. 7:00 u Krzysia pod blokiem stanęły 4 rumaki zapakowane niczym wielbłądy. Karawana
ta wyglądała co najmniej jakby miała przemierzyć kulę ziemską. Tak opakowani zajechaliśmy do Gdyni
na godz. 8:00 skąd o 9:30 ruszał prom do Karlskrony (Szwecja). Prawie 10 godzin na pokładzie,
który to w południe zamienił się w istną patelnię. Już 3-go dnia naszej wyprawy Lodek odczuł to
na własnej skórze (dosłownie). Wieczorkiem około godz. 20:00 zjechaliśmy z promu. Na ten dzionek
zaplanowaliśmy jeszcze wyjazd za miasto i znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotów. Doskonałe
miejsce na nocleg znaleźliśmy po ujechaniu jakiś 70 km od Karlskrony. Następny dzień to była
gonitwa. Aby jak najdalej na północ. No i wieczorkiem dojechaliśmy pod Oslo.
Tuż pod Oslo na stacji benzynowej poznaliśmy Norwega na H-D który
wskazał nam dość przyzwoity camping. W zasadzie to nie mogę nic więcej powiedzieć na temat
campingów w Norwegii ponieważ mieliśmy okazję tylko dwa razy skorzystać z tych usług. Jak dla
nas Polaków to cena dość przystępna (110 NOK) tyle że prysznice płatne (3min 5 NOK) no i ciężko
wbijać śledzie od namiotów (ale to generalnie w całej Norwegii). Sam Norweg to bardzo przyjemny
gość.
Dnia następnego z rana ruszyliśmy dalej w stronę Lillehammer. Przypadkiem trafiliśmy na
autostradę która nas zaciągnęła niemalże do centrum Oslo. Ku naszemu zdziwieniu (i nie był to
ostatni raz) motocykle miały darmowy wjazd do miasta, za co inne pojazdy musiały uiścić opłatę.
No i tym sposobem pomknęliśmy dalej w stronę Lillehammer. Jeszcze tego dnia dojechaliśmy na
miejsce i zwiedziliśmy chyba największy skansen w Norwegii Maihaugen.
Jak już wypróbowałem w ubiegłym roku metody "dobry biznes to taki gdzie choć troszkę da się
utargować" tak też i tu spróbowaliśmy. Jak się okazuje zawsze można spróbować. Za to nie biją a
można trochę zyskać. No i utargowaliśmy na 15 NOK od osoby. Po obejrzeniu skansenu postanowiliśmy
zrobić zakupy. Nasz najlepszy zakup to piwo. Szukaliśmy taniego i znaleźliśmy takie co to niecałe
9 NOK kosztowało. Długo nie musieliśmy się zastanawiać dlaczego było takie tanie. Okazało się że
jest to piwo bezalkoholowe ale niestety już za kasą. No ale w końcu jesteśmy zmotoryzowani.
Ogólnie miasteczko to położone jest na stoku góry. Bardzo zadbane (jak chyba wszystkie miasta w
Norwegii) i całe mnóstwo pamiątek po odbytych tu igrzyskach zimowych. Na obrzeżach Lillehammer
znaleźliśmy bardzo miłe miejsce do rozbicia namiotów.
Ranek przywitał nas banglaniem (wyjaśnienie proszę szukać u Dominika ).
I tak do końca naszej wyprawy nie było dnia bez większego lub mniejszego banglania. Na szczęście
była przerwa tak abyśmy mogli spakować sprzęty i ruszyć dalej na północ w kierunku miasta Otta.
Zanim jednak ruszyliśmy Krzyś "wywinął orła" na mokrej trawie. Nic się nie stało jedynie
lusterka się poskładały. Późnym popołudniem zajechaliśmy na miejsce. Punktem kulminacyjnym
tego miejsca miało być zwiedzanie parku Rondane. Jeszcze tego dnia wjechaliśmy parę 100-ek
metrów w górę aby zobaczyć co na szczytach się święci. Jak nas prześwięciło to suszyliśmy się
przez całą noc, ale z sukcesem.
Wczesny rankiem odciążone nasze sprzęty jeszcze raz powiozły nas na górę bardzo krętą i wąską
drogą na końcu której był parking i znowu darmowy dla motocykli. Przebraliśmy się w bardziej
sportowe obuwie i pognaliśmy pieszym szlakiem w głąb parku. Pogoda nam dopisała i nie sprawiła
psikusa.
Tego dnia zdążyliśmy jeszcze spakować namioty i wysuszone ciuch po dniu poprzednim i ruszyliśmy
w kierunku dalekiej północy. Dotarliśmy gdzieś w okolice Oppdal. Złapaliśmy doskonałe miejsce
do noclegu na parkingu ale w zacisznym (od samochodów) miejscu, nad brzegiem rozlewiska rzeki
która jakieś 200m od naszego obozowiska udawała bardzo rozszalałą górską rzekę.
Rano (później okazało się "dzień jak co dzień") obudziło nas banglanie deszczu. Trochę czasu
zwlekaliśmy z wystartowaniem, bo to Lodek ma podmyty namiot, to Młody (czyli ja) razem z
namiotem musiałby spakować 20l wody, ale w końcu ruszyliśmy. W drodze do "Drabiny Troli"
(to właśnie na ten dzień wszyscy czekali) zahaczyliśmy o miasteczko Andaldnes. Już przed
Andaldnes rzucił nam się w oczy drogowskaz kierujący na Drabinę Troli. Wszyscy czuli
wielkie podniecenie. Zajechaliśmy do Andaldnes. Tam kto musiał ten zatankował i wracamy się na
"Drabinę Troli". Jeszcze przed szalonym podjazdem małe podkarmianie naszych żołądków. No i w
końcu tak długo oczekiwana chwila. Wszyscy przygotowali aparaty, przetarli oczy i "na koń po
przygodę".
Wjazd to niesamowite wrażenie tym bardziej że pokonywaliśmy tą drogę od dołu do góry.
Na szczycie Dominik tak nieszczęśliwie zaparkował motor że zapadła się stopka i zaliczył glebę.
Na szczęście obyło się bez większych szkód (jak to palstiki). Po drodze spotkaliśmy znak
"Uwaga Trole". Parę fotek (jakiś jeden film) i dalej w drogę. Widoki niesamowite. Drogi kręte
jak ślimaka domek, szczyty ośnieżone, zresztą śnieg to leżał dużymi płatami przy jezdni. Pogoda
bardzo szybko się zmieniała, bo kiedy ruszaliśmy z dołu to banglał deszcz, a na górze słońce tak
dawało czadu jak na patelni. Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się na "obiad". Późnym popołudniem
zjechaliśmy do doliny truskawkowej. Ten zapach truskawek był oszałamiający.
Cóż za zdziwienie nas spotkało kiedzy prawie cała miejscowość była okupowana
przez samochody z polskimi "blachami" - nawet "kartony". Ten dzień był naprawdę pełen emocji,
tunelami dojechaliśmy do portu promowego skąd po raz pierwszy przeprawiliśmy się promem przez
fiord (i to nie byle jaki bo GeirangerFiord) do miejscowości Stranda. Były plany aby jechać
dalej, ale deszcz nas zawrócił i w końcu obozowisko rozbiliśmy prawie w centrum miasteczka na
łące.
Ranek przywitał nas lejącymi się z nieba promieniami słońca. W końcu udało nam się
wszystko dosuszyć. Na ten dzień zaplanowane było aby dojechać pod lodowiec, a po drodze
obejrzeć GeirangerFiord z pokładu wycieczkowca. Pogoda była piękna (co widać na zdjęciach).
Na pokładzie spotkaliśmy parę rodaków-motocyklistów z Warszawy na CB750. Planowo przed 18:00
dojechaliśmy pod lodowiec i jakierz to nas rozczarowanie spotkało kiedy okazało się że wejście
na lodowiec kosztuje o wiele za dużo niż planowaliśmy. Ale od czego ma się głowę. Kiedy to już
zdecydowaliśmy się że pójdą tylko kobitki chłopaki wypchnęli mnie na targi. I tak zamiast
zapłacić 800 NOK (200 NOK od głowy) na 0,5 godz. za cztery osoby utargowałem na 150 NOK od
głowy.
W ten oto sposób poszła cała nasza brygada. To znaczy mieliśmy zaklepaną wycieczkę na dzień
następny. Nad brzegiem jeziora z widokiem na jęzor lodowca Jostendalsbreen rozbiliśmy namioty i doczekaliśmy
ranka. Po wyprawie na lodowiec stwierdziliśmy że jest on faktycznie godzien tych pieniędzy które
zostawiliśmy. W strugach deszczu opuściliśmy lodowiec i udaliśmy się w stronę Bergen. Cały
dzionek spędziliśmy w siodle, a żeby nam nie było tak smutno z powodu pogody to Lodek próbował
rozweselić nas strzałami z tłumika podczas przejazdów w tunelach. Niecałe 20 km od Bergen
rozbiliśmy obozowisko. Wszystko wskazywało na to że dzień następny będzie przynajmniej nie
deszczowy, ale niestety wszyscy się myliliśmy. Poranek przywitał nas pompą, która wcale nie
wykazywała najmniejszych chęci do zaprzestania pokazów. Niestety czas uciekał, zatem zwijaliśmy
namioty w największej ulewie.
Wjazd do Bergen nas zaskoczył podwójnie. Najpierw skasowali nas za przejazd przez most a
następnie za wjazd do miasta. Tym razem nawet motocykle kasowali. Dominik na domiar złego
zamiast 5 musiał zapłacić 7NOK bo automat źle policzył. Targ rybny w Bergen (krewetki, kraby,
małże, łosoś, kawior, mięso z wieloryba oraz inne mi bliżej nie znane pływające okazy)
specjalnie nas nie położył na kolana. Spodziewaliśmy się naprawdę dużego targu. Za to stara
część Bergen nas zachwyciła.
Wyjazd z Bergen to była dla nas niezła męczarnia. Lało jak z pompy i na dodatek nie mogliśmy
trafić na drogę wyjazdową w kierunku Oslo. Po długim kręceniu się Lodek wyprowadził nas na
właściwą drogę.
Bylimy zmęczeni, przemoczeni, głodni, a droga kręta i śliska. Na jednym ze zjazdów na
serpentynie Krzyś wjechał na olejowatą plamę i zaliczył bączka. Fuksem tego zdażenia był
fakt że bezpośrednio za nami nikt nie jechał. Na szczęście ułamał się tylko podnóżek.
Szkoda że akurat z lewej strony. No cóż. Mówi się: "Live is brutal & full of zasadzkas".
Umęczeni całym dniem szybko znaleźliśmy nocleg w dość ciekawym miejscu. Parking położony przy
drodze oddzielony rwącą górską rzeczką. Na szczęście trochę się rozpogodziło i była to okazja
aby się podsuszyć. Widok naszego obozowiska był żałosny. Wyglądało to jak pralnia w
plenerze.
Rano "na koń i po przygodę". Kierowaliśmy się teraz w stronę Oslo przecinając wyżynę
Hardangervidda. Wrażenia jak z księżycowego pustkowia. Skały, skały i skały aż w końcu zabrakło
mi paliwa. 550 km na pełnym zbiorniku i ani metra dalej. Tego to nikt się nie spodziewał że
akurat mi zabraknie paliwa (doktor BIG) - takie to pustkowie było. Dzięki Lodkowi udało się
zlać od Dominika paliwo i na szczęście za 5 km była stacja benzynowa. Ale cena paliwa to dała
nam po gałach. Prawie 11 NOK czyli około 5,5 zł. za litr.
Tóż około 22:00 znaleźliśmy miejsce na nocleg. Rano już tradycyjnie obudziły nas
krople deszczu rozbijające się na tropikach naszych namiotów. Tego dnia dojechaliśmy pod Oslo,
zahaczając jeszcze kopalnię srebra w Kongsberg i jeden z najstarszych Stavkirke w Heddal.
Następny dzień to Oslo. Poszwędaliśmy się troszeczkę po centrum miasta i na koniec trafiliśmy
do parku Frognera gdzie "golizna" panuje dookoła.
Jeszcze tego dnia zdążyliśmy uciec z miasta i znaleźć nocleg poza granicami tej
aglomeracji. Ostatni dzień pobytu w Norwegii to w zasadzie powrót, ale aby zbyt szybko nie
zapomnieć o spędzonych tam chwilach to zajechaliśmy do Fredrikstad, gdzie znajduje się Kongsten
Fort zalożony przez króla Fredrik'a II w 1567r.
I na tym w zasadzie moja opowieść o pobycie w Norwegii się kończy bo pozostałe dwa dni
to gonitwa do Karlskrony na prom, w czasie której nic ciekawego się nie wydarzyło.
Informacje:
prom z Gdyni do Karlskrony za motocykl + 2osoby to około 700,- zł;
paliwo w Szwecji (95) 8,2 - 8,5 SEK;
paliwo w Norwegii (95) 8,3-10,5 NOK (im dalej na północ tym droższa);
chleb 6 NOK (i więcej);
jogurt owocowy 0,5l 11 NOK;
kanapka z owocami morza w Bergen 15-25 NOK;
piwo bezalkoholowe 8,5 NOK (normalne od 10-20);
campingi to od 70 NOK i więcej;
wejście na lodowiec 250 NOK za wycieczkę trwającą 1h; 0,5h to 200 NOK (można się targować w
przypadku dużych grup);
prędkość podróżna to 120km/h;
w większości przypadków drogi, tunele, wjazdy do miast dla motocykli bezpłatne;
drogi - jeżeli chodzi o jakość to jeździłem po lepszych ale pod względem różnorodności to chyba
nie ma lepszych na świecie. Naprawdę polecam ten kraj wszystkim motocyklistom znanym i nie
znanym.
A na sam koniec chciałem podziękować moim współtowarzyszom wyprawy
Lodkowi i Uli, (Yamaha FZY750 FAZER)
Krzyśkowi i Iwonie, (Yamaha XJ600)
Dominikowi i Roxanie (Yamaha YZF600 THUNDERCAT)
za tak wspaniałe wakacje. Oby były zawsze tak wspaniałe i w tej gromadzie do końca.
(mam nadzieję że nikt z nich się nie obrazi z powodu wymienionej kolejności)